Wydrukuj tę stronę

Michał Stachyra i nowe oblicze Kazimierza

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

zdjęcie /Kurier Lubelski/

kurierlubelski

Jest jak kameleon. Michał Stachyra był profesorem z Finlandii, misterem studentów i supergwiazdą z Ameryki. Chce, żeby Kazimierz Dolny tętnił życiem. Nie tylko w sezonie, nie tylko dla turystów.

 Kiedy ludzie się połapali, że sensacyjny fresk odkryty w 2004 r. to żaden zabytek?

 Nie wiem, czy się w ogóle połapali. Ta historia zaczęła się rok wcześniej, we Włoszech, gdzie byłem na programie stypendialnym i trzeba było zrealizować projekt artystyczny z produktami lokalnymi. Bardzo zainspirowały mnie tamtejsze freski z X wieku i postanowiłem przetransponować współczesny produkt na tę formę. Potem ten pomysł przeniosłem do Centrum Kultury w Lublinie, zacząłem badać to miejsce, gdzie był klasztor wizytek, zamieniony potem na szpital wojskowy. Brakowało mi tylko ludzi. I wtedy trafiłem na artykuł w gazecie o przedstawieniu na podstawie „Lotu nad kukułczym gniazdem” z fotografią aktorów. Spodobał mi się ten kadr, pasował do wizji dawnych pacjentów tego miejsca z przełomu wieków.

I wtedy do akcji wkroczył fiński profesor historii sztuki, który dzieło odkrył po kończącej się wystawie Anny Rodziewicz.

Polski profesor Michael Stachyra narodził się jeszcze we Włoszech, w Polsce pomyślałem, że fiński będzie lepszy. Finlandia jest dla nas krajem nieznanym, obcym językowo, prawdopodobieństwo, że ktoś mówi po fińsku, jest prawie zerowe.

 A ty znasz język fiński?

 Oczywiście, że nie. Pofarbowałem włosy na blond, musiałem to robić z pięć razy, żeby wyszedł dobry kolor, aż prawie wyłysiałem, żeby bardziej przypominać Fina. Potrzebna jeszcze była cała otoczka.

Poinformowaliśmy więc lokalną prasę, że w Galerii Białej w Centrum Kultury odkryto stuletni fresk, że przyjedzie profesor z Finlandii, wynajęliśmy zawodowych ochroniarzy z wykrywaczem metali, cała mistyfikacja stawała się poważna. Nawet moi znajomi mnie nie poznali i pogubili się w tej intrydze. Wtedy spodobała mi się taka zabawa z publicznością; to, że można wykreować coś, w co inni uwierzą.

 Gdy kilka lat później znikał twój fresk z ulicy Kowalskiej z powodu remontu kamienicy, niektórzy byli wstrząśnięci. Bo jak to, zamalowywać historyczne dzieło? Cieszysz się, gdy tak kogoś wkręcisz?

 Nie bardzo, chyba wolałbym, aby ludzie byli bardziej oczytani, mieli większą świadomość sztuki. Bo wystarczyłoby poczytać o historii tej kamienicy, o kaplicy Trójcy Świętej, do której praca nawiązywała, żeby się połapać, że to współczesna praca. Były tam zresztą współczesne motywy, namalowałem nawet pociąg.

 Lubisz prowokować?

 Do myślenia. Wiele lat spędziłem na ul. Kołłątaja w rodzinnym Lublinie, gdzie mieszkała moja babcia. Pamiętam, że w bramie był fresk z Matką Boską i aniołami. Gdy przyszedł 89 czy 90 r., ktoś go po prostu zamalował paskudną, żółtą farbą. Przez dwadzieścia lat mieszkańcy wiedzieli, że to malowidło tam jest, udawali, że nie ma problemu, kolejni właściciele nie interesowali się tematem. Tymi mistyfikacjami chciałbym sprawić, żeby ludzie zaczęli przyglądać się temu, co ich otacza, dbali o takie dziedzictwo, o swoją historię.

 A jak trafiłeś na wybory mistera studentów?

 Usłyszałem w radiu o konkursie na najprzystojniejszego studenta Lublina 2005 r. Zapisałem się z myślą o kolejnej artystycznej akcji, zatytułowałem ją „Number One”.

Był wtedy trend na metroseksualizm, faceci mocno o siebie dbali, pomyślałem, że to dobra okazja, żeby zbadać przemiany kulturowo-społeczne, zastanawiałem się, o co chodzi chłopakom biorącym udział w konkursie piękności. Wspólnie chodziliśmy do fryzjera, na wybieranie ciuchów, na siłownię. Był wielki finał, pamiętam, że niektórzy robili pompki bezpośrednio przed wyjściem, żeby mieć bardziej zarysowane mięśnie. Dziewczyny piszczały, kompletnie nie wiedziałem, co siędzieje, ale zostałem wybrany na wicemistera. Gdy stałem na podium, a Miss Polonia zakładała mi szarfę, Jan Gryka, mój nauczyciel z Wydziału Artystycznego, stał na widowni i płakał ze śmiechu. Zmontowałem z tego wszystkiego film, podłożyłem utwór Madonny „Erotica”, troszeczkę obniżając jej głos. Był pokazywany w Galerii Białej w Lublinie i w Centrum Sztuki Współczesnej w Gdańsku na wystawie „Miłość i demokracja”.

 „Nie chcą twojej sztuki w galeriach? Napisz do nas”- zachęcała poradnia psychologiczna dla artystów.

 Zauważyłem, że artyści są mocno zaniedbaną grupą zawodową, że chwilami nie wiedzą sami, co robić: malować, iść do korporacji czy pracować u taty w firmie wulkanizacyjnej. Uważam, że opieka psychologiczna dla artystów powinna być powszechna i darmowa. Postanowiłem ją stworzyć i zrobić film na ten temat. Dostałem na ten projekt stypendium z ministerstwa kultury.

 Kolonia karna w Kazimierzu dla studentów kierunków artystycznych to pomysł na serio czy żart?

 Na serio. Od dziesięciu lat mam firmę, która robi murale, to naprawdę konkretna, fizyczna praca, uwielbiam ją. Tylko zauważyłem, że gdy zatrudnię studentów do pomocy, to bardzo się boją tego wysiłku, nie wiedzą, jak działa wiertarka, mają lęk wysokości… Stworzyło nam się takie niegramotne społeczeństwo. Stąd wpadłem na pomysł nietypowego pleneru-kolonii karnej, żeby studenci z całej Polski przyjechali i pracowali fizycznie. Oczywiście będzie to płatne, bo, niestety, dzisiaj ludzie młodzi są tak wygodni, że jak dostaną coś za darmo, to albo w ogóle się nie przyłożą, albo zajmą komuś miejsce i wyjadą po dwóch godzinach.

 To coś w rodzaju artystycznego obozu wojskowego?

 Tak, tylko wcale nie za karę, mamy nadzieję, że to będzie cenny czas. Chodzi o to, by ludzie docenili to, co mają, odkryli, że wysiłek fizyczny jest OK i że nie ma niczego za darmo. Opiekunami artystycznymi będą Robert Kuśmirowski, Sebastian Krok czy Marcin Chomicki, czyli czołówka polskich artystów. Pensjonariusze będą pracować, tworzyć i gadać z nami o sztuce, jeśli będą jeszcze mieli siłę.

 Byłeś człowiekiem-pająkiem, robotnikiem na wystawie, akwarelistą na misji w Iraku... Mike Cox to „wielka gwiazda sceny amerykańskiej, współpracował z Radiohead, Portis-head”. Kolejna postać, która nie istnieje, a w którą ludzie uwierzyli.

 Jako Mike Cox zagrałem już kilka koncertów, w tym w holu głównym w Muzeum Narodowym w Warszawie w 2017 roku. Pamiętam też taką historię. Po koncercie w Lublinie, gdy zmyłem makijaż, zaczepił mnie około pięćdziesięcioletni facet, pytając, czy to ja jestem Mike’m Coxem, bo przyjechał specjalnie z Warszawy po autografy. Podpisałem plakaty dla żony i córki, a on wyznał, że śledzi moją karierę artystyczną od kilku lat, zna wszystkie moje wcielenia i podziwia moją twórczość. Na koniec dał mi wizytówkę, okazało się, że jest psychiatrą. Szczerze, to wolałbym, żeby w ten sposób śledziła mnie np. Anda Rottenberg... Ale też ucieszyłem się , że kogoś tak świadomie interesuje to, co robię.

 Przed wyborami na burmistrza Kazimierza Dolnego Mike Cox pojawił się na plakatach jako kandydat. Skąd ta żartobliwa akcja?

 Zobaczyłem, że Kazimierz się zdewaluował, dużo ważnych artystów obraziło się na to miejsce, bo bardzo trudno pokazywać w nim sztukę współczesną, poza tym brakuje odbiorców i miejsca do prezentacji. To takie miasto weekendowe, gdzie turyści wolą pójść na gofra niż do muzeum. Brakuje własnego życia kulturalnego, takiego dla mieszkańców. Po to też powstało rok temu Studio KMZRZ, które jest galerią, concept storem, klubem muzycznym, miejscem, gdzie można przyjść i się spotkać, porozmawiać o sztuce, gdzie coś się dzieje.

 Galerii jest tu mnóstwo.

 Znajomy opowiadał mi anegdotę, jak to do Opola Lubelskiego przyjechała zagraniczna wycieczka. I turyści byli zachwyceni, że jest tyle sztuki na każdym kroku, bo wszędzie są szyldy „art”: „art. spożywcze”, „art. gospodarcze” i tak dalej…

W Kazimierzu faktycznie jest dużo galerii, ale mnie chodzi o coś innego, żeby za jakiś czas to był standard, że mamy tu jazz, punk, teatr, warsztaty dla dzieci. To praca u podstaw, staram się szukać wsparcia wszędzie - u urzędników, instytucji, stworzyłem też fundację, by pozyskiwać fundusze.

 

 Co tu się robi na co dzień, gdy nie ma turystów?

 Niewiele. Jest pustka, zarówno jeśli chodzi o dorosłych mieszkańców, jak o dzieci i młodzież. Jak mogę staram się ją zapełnić. Wystarczy przyjechać np. w listopadzie na tydzień i zorientować się, że nie ma zbyt wielu rozrywek poza piciem piwa. Lokalna społeczność jest totalnie zaniedbana kulturalnie. Osiemnasto-latkowie czy czterdziesto-latkowie nie mają tu co robić. Gdy w 2018 roku odbywało się narodowe czytanie „Przed-wiośnia” Stanisława Żeromskiego, zorganizowałem czytanie Marka Hłaski. Poprosiłem mężczyzn pijących na murku, by wzięli w nim udział.

 Zgodzili się?

 Tak, zgodziło się pięciu, przyszło dwóch. Przez cały dzień z wielkim zaangażowaniem czytali Hłaskę. Traktuję „misję Kazimierz” również jako projekt naprawczo-aktywizacyjny, bo powiedzmy szczerze, tu jest łatwo popaść w picie i rezygnację. Wydaje mi się, że to jest problem ogólnopolski takich turystycznych, sezonowych miasteczek. Trzeba pamiętać, że miasto tworzą mieszkańcy.

Szkoła za to jest piękna, można pomyśleć, że to nowoczesne muzeum.

Mam taką ideę, żeby zaktywizować tutejsze dzieci i młodzież. Moja córka chodzi teraz do pierwszej klasy i zrozumiałem, że za parę lat od niej i jej rówieśników będzie zależało, co tu się będzie działo. Do szkoły chodzi około stu osiemdziesięciu dzieci. Staram się co dwa tygodnie ściągnąć muzyków jazzowych, którzy prezentują dzieciom muzykę i instrumenty. Chciałbym też stworzyć scenę młodego widza, gdzie działoby się coś z myślą o nich. Wpadłem też na pomysł, że skoro w Kazimierzu powstaje serial „W rytmie serca”, to przecież aktorzy mogliby chwilę swojego czasu poświęcić na to, żeby wpaść do szkoły. Dla dzieciaków z małej miejscowości byłaby to wielka atrakcja. Producentka wstępnie się zgodziła, mam nadzieję, że dojdzie to do skutku.

 Festiwal Now Art, który organizowałeś ze swoim Studiem KZMRZ, dodał ci skrzydeł?

 W pewien sposób tak, przeraził mnie tylko ogrom pracy, zwłaszcza gdy się nie ma sztabu ludzi. W sumie wszystko od organizacji, kontaktów z artystami, mediami po pracę fizyczną należało do mnie. Imprezę sfinansowałem sam, przez pół roku pracując na rusztowaniach przy muralach. Było więc to coś, co powstało dla idei. Bardzo bym chciał, żeby była druga edycja, ale w Kazimierzu jest duży problem z przestrzenią ekspozycyjną. Mam nadzieję, że się uda. Mam też pomysł, żeby dokonać interwencji artystycznych w przestrzeni Muzeum Nadwiślańskiego, to może być ciekawe, poprzeplatać np. galerię złotniczą sztuką współczesną.

 Może odkryjesz tu jakiś fresk?

 Mam w planach mural na jednym z budynków, byłaby to pierwsza taka praca w Kazimierzu Dolnym. Projekt jest już gotowy, ukazuje Kazimierz jako miasto silne, świadome swoich korzeni, ale i otwarte na nowoczesność i alternatywę. Trzymam kciuki, żeby się udało.

 Planujesz kolejne mistyfikacje?

 Pewnie. Jako Rachmanin-off zagram improwizowany koncert fortepianowy, skończyłem zresztą pierwszy stopień szkoły muzycznej w Lublinie, więc jest łatwiej. Wymyśliłem też postać Ło-Buziaka, gwiazdy disco-polo, która niebawem wystąpi w różnych miejscowościach

https://plus.kurierlubelski.pl/piecdziesiat-wcielen-michala-stachyry/ar/c13-14100485

Czytany 1494 razy