Wrażenia z 70 kilometrowego marszu dla Szymka.
Pomysł na niekonwencjonalne zwrócenie uwagi ludzi wielkiego serca na potrzeby autystycznego Szymka zrodził się na początku roku, po rozmowie z rodzicami, którzy w tym czasie kolportowali na terenie Puław ulotki z apelem o przekazywanie 1% rozliczanego podatku PIT. Ktoś zapyta i po co to wszystko? Przecież są szpitale, specjalistyczne ośrodki, itd. Otóż nic bardziej mylnego. W Polsce nie ma jednolitego, sformalizowanego programu leczenia autyzmu. W myśl Narodowego Fundusz Zdrowia autyzm nie jest jednostka chorobową, którą się leczy i na którą przeznacza się pieniądze. Z uwagi na powyższe rodzice zdani są sami na siebie. Poruszają się niekiedy po omacku, intuicyjnie poszukując pomocy dla swoich pociech, których niestety w Polsce z każdym rokiem przybywa. Kolejną kwestią z jaką borykają się rodzice autystycznych dzieci jest brak społecznego zrozumienia. Dzieje się tak dlatego, że autyzmu na pierwszy rzut oka nie widać, a jeśli nie widać, to wielu osobom, jeśli nie wszystkim wokół, wydaje się, że wszystko jest w porządku. Niestety, tak nie jest.
Mając powyższe na względzie, chcąc pomóc, aby jak największa liczba osób przekazała 1% swojego podatku na rzecz Fundacji pod opieką której znajduje się Szymek, postanowiłem przejść 70km. Data startu przypadająca na 5 kwietnia została zaplanowana przypadkowo i dopiero później, a wręcz tuż przed startem, dowiedziałem się, że zbiegła się z obchodzonym w Polsce już po raz szósty, Dniem Autyzmu. Po takich wiadomościach miałem dodatkową motywację aby niezależnie od okoliczności przejść całą trasę. Tym bardziej, że na Lubelszczyźnie Światowy Dzień Autyzmu był obchodzony niestety bez udziału stolicy naszego małego regionu-Puław…
Trzy miesiące, jakie dzieliły mnie od podjęcia decyzji o przejściu 70km do startu minęły bardzo szybko i intensywnie. W trakcie niedługiego czasu jaki pozostał do przygotowań przeszedłem ok. 1200km, oraz kilkadziesiąt godzin spędziłem na basenie. Dzięki temu byłem odpowiednio przygotowany. Jedyną obawą był pęknięty w lutym palec u stopy, co na ponad dwa tygodnie wyeliminowało mnie z przygotowań. Na szczęście na trasie kontuzja się nie odnowiła, a i wypoczynek dobrze posłużył.
Dzień startu, 5 kwiecień, pobudka o 500, bogate w węglowodany śniadanie, prysznic, pakowanie prowiantu i w drogę. Temperatura nie jest zbyt zachęcająca do marszu. Zaledwie 2-3 stopnie. Na kazimierskim rynku witam się z kilkoma osobami (w tym z rodzicami Szymka), które chcą ze mną przejść parę pierwszych kilometrów. Krótka rozgrzewka, pamiątkowe zdjęcia, parę słów z Czarkiem Zamaną, który jako partner przedsięwzięcia pojawił się na starcie i ruszam. Pierwsze kilometry, pomimo zimna i chłodnego wiatru idzie mi się wyjątkowo dobrze. Sam jestem zaskoczony tempem, które oscyluje wokół 8 minut na kilometr. Kościół na Włostowicach mijam po półtorej godzinie, w Końskowoli przy Zagłobie jestem po 2:40h. Jest lepiej, niż dobrze- myślę. Zimno daje się jednak we znaki. Filiżanka ciepłej herbaty robi jednak swoje. Dobrze, że nie idę sam. Towarzyszą mi osoby, które zmieniają się co kilka kilometrów. Na przejeździe kolejowym w Klementowicach mam czas 3:46h. Mogę zwolnić, zwłaszcza, że zaczynają pojawiać się pierwsze oznaki zmęczenia. W Bronicach z uwagi na zimno i w trosce o niewychłodzenie mięśni świadomie rezygnuję z planowanego krótkiego postoju, idę dalej . Posilam się jedynie batonami, pomarańczami i bananami, które niosę w pasie biodrowym i kieszeniach. W okolicach Nałęczowa w końcu przestaje wiać. Co za ulga. Robi się też nieco cieplej. Za boiskiem Cisów mam czas poniżej 6 godzin, a przede mną „tylko” 23km do pokonania. Nie może się nie udać. Mam w sobie jednak wiele pokory. Doskonale zdaje sobie sprawę, że ostatnie kilometry są najgorsze i najbardziej zdradliwe, a czekają mnie przecież jeszcze słynne górki za Wąwolnicą. Nie myliłem się. Za Wąwolnicą idzie mi się najgorzej. Wbrew pozorom nie z powodu zmęczenia po pokonaniu ponad 50 kilometrów, ale pękniętego na stopie pęcherza. Ból jest okropny. Zaciskam zęby i pięści. Idę. Minuty wloką się powoli. W końcu udaje się przezwyciężyć ból. Walczę nie tylko z dystansem, ale i czasem. Widzę, że może być dobry. Jest to dodatkowa zachęta aby poradzić sobie z bólem. Zaczynam odliczać kilometry do mety. 10, 9, 8, itd. W Bochotnicy dochodzi kolejne odparzenie. Staram się tak układać stopę aby minimalizować ból. Już niedaleko. Jeszcze tylko oczyszczalnia, wikliniarka, król, kołacze mi w głowie i meta. Po 9:25h jestem na kazimierskim rynku z powrotem. Tyle czasu zajęło mi pokonanie trasy Kazimierz- Puławy- Końskowola-Klementowice- Buchałowice, Bronice- Piotrowice- Nałęczów- Wąwolnica- Bochotnica- Kazimierz. Emocje są tak duże, że nie odczuwam zmęczenie, które da o sobie znać dopiero na drugi dzień. Mimo wszystko, mimo zmęczenie, otarć, odparzeń było warto. Mam nadzieję, że swoim marszem wniosłem drobną cegiełkę aby pomóc Szymkowi. Wierzę również, że tegoroczny marsz na trwale wpisze się w obchody Światowego Dnia Autyzmu i, że za rok znowu się spotkamy, ale w znacznie szerszym już gronie.
Osoby które chcą pomóc Szymkowi i przekazać 1% podatku lub darowiznę wszelkie niezbędne dane mogą znaleźć na facebooku:
https://www.facebook.com/dlaszymona70km?notif_t=page_new_likes#
Ps.
Pragnę podziękować wszystkim osobom, które wzięły udział w marszu. Dziękuję też za każde dobre słowo i wsparcie.
Rafał Suszek